ZDJĘCIA

 


       RELACJA

  

W dniu 20 maja, wraz z innymi uczniami z Niepublicznego Gimnazjum nr. 9 wyruszyłem na pięciodniową wycieczkę do Holandii i Belgii.

 

Podróż

 

Gdy przybyłem na lotnisko im. Fryderyka Chopina w Warszawie, inni uczniowie stali już w kolejce do odprawy bagażu. Niezwłocznie pokazałem się wychowawczyni i stanąłem obok kolegów z klasy. Oddaliśmy walizki, odebraliśmy karty pokładowe niebawem siedzieliśmy w samolocie. Półtorej godziny lotu minęło nam zaskakująco szybko na niezwykle interesującej rozmowie.

 

Gdy wylądowaliśmy i odebraliśmy bagaże, autokar, którym mieliśmy jeździć przez najbliższe kilka dni już na nas czekał. Jadąc nim poznaliśmy naszą panią przewodnik, która towarzyszyła nam podczas całej podróży.

 

Kinderdijk

 

Pierwszym miejscem, które mieliśmy zwiedzić była wieś Kinderdijk położona niedaleko Rotterdamu. Jeszcze jadąc autokarem mogliśmy podziwiać urocze holenderskie domy z cegły i o wielkich oknach Znajdujące się pośrodku pola wiatraki pięknie prezentowały się na tle pochmurnego nieba.

 

Panorama Rotterdamu

 

Po spacerze wśród wiatraków pojechaliśmy do Rotterdamu. Wjechaliśmy na wysokość 185 metrów n. p. m. na wieży „Euromast”, gdzie mogliśmy podziwiać panoramę Rotterdamu. 3 największego portu na świecie i największego portu Europy.

 

Przyjazd do hotelu

 

Zaczęło robić się późno, więc wsiedliśmy do autokaru i pojechaliśmy do Amsterdamu, do naszego hotelu. Po przyjeździe najpierw poszliśmy do restauracji, gdzie zostaliśmy poinformowani o zasadach panujących w hotelu i zjedliśmy obiadokolację. Następnie, wróciliśmy się do autokaru po bagaże i zostaliśmy rozdzieleni do pokojów. Niestety, zrobiło się lekkie zamieszanie, w wyniku czego zamiast trzyosobowego pokoju, dostaliśmy duży, sześcioosobowy pokój. Był on bardzo ładny, przestronny i czysty. Dwoma dodatkowymi osobami okazali się nasi koledzy z klasy równoległej, więc jeden z nas spał na łóżku małżeńskim i wszystkim taki układ się podobał. Tym bardziej, że po ubiegłorocznym wyjeździe spodziewaliśmy się najgorszego. Jedynym problemem była zepsuta klimatyzacja, przez co w pokoju było niezmiernie gorąco.

 

Problem z pokojami

 

Przydzielanie pokojów trwało dość długo, w wyniku czego, pomimo ciszy nocnej, żaden z nas nie spał jeszcze około północy, chociaż zdążyliśmy się wykąpać i rozpakować. Przyszła do nas wtedy pani od geografii, organizator wycieczki, i powiedziała, że w wyniku zamieszania dostaliśmy pokój, przyznany piątce pierwszoklasistów, którzy siedzieli teraz w czteroosobowym pokoju. Żaden z nich nie chciał przeprowadzić się do kolegów z drugiej klasy, którzy mieli dodatkowe łóżko, więc musieliśmy się z nimi zamienić. My również nie chcieliśmy mieszkać z drugoklasistami, jednak traktując to jako ciekawy element wycieczki, a nie oburzające wydarzenie przenieśliśmy się, razem rzeczami pospiesznie wrzuconymi do walizek i dodatkowym materacem, do pokoju pierwszoklasistów. Był on bardzo mały jak na pięć osób. Klimatyzacja działała, jednak straszliwie hałasowała i trzeba było ją wyłączyć. Poza tym, dodatkowy materac mieliśmy codziennie zanosić i wnosić do poprzedniego pokoju, by nie denerwować pracowników hotelu. W końcu, późno w nocy, zasnęliśmy godząc się z myślą o nowym pokoju.

 

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

 

Gdy rano wróciliśmy ze śniadania i powoli zaczęliśmy się przygotowywać do zbiórki, przyszła do nas nasza pani wychowawczyni i powiedziała, że mają dodatkowy pokój dla nas i możemy się do niego przenieść. Musieliśmy jednak to zrobić szybko, by nie spóźnić się na zbiórkę. Znowu pospiesznie wrzuciliśmy rzeczy do walizek i pobiegliśmy do nowego pokoju. Okazał się on być jeszcze większym niż pierwszy – był siedmioosobowy! Miał działającą klimatyzację i byliśmy zachwyceni. Nie mieliśmy jednak czasu na kontemplację piękna pokoju, bo trzeba było pędzić na zbiórkę.

 

Muzeum Narodowe

 

Pierwszym punktem na liście była pospieszna wizyta w Rijkmuseum – Muzeum Narodowym. Zobaczyliśmy tam Słynną „Straż Nocną” Rembrandta oraz piękne domy dla lalek wykonywane przez kobiety z bogatych rodów. Najbardziej zaciekawiły mnie wielkie porcelanowe, malowane stojaki na kwiaty w kształcie wież lub chińskich pagód.

 

Chodaki i sery

 

Po wizycie w muzeum pojechaliśmy do leżącego niedalego Amsterdamu skansenu Zaanse Schans. Zobaczyliśmy tam jak wyrabia się chodaki i tradycyjny holenderski ser gouda. Następnie poszliśmy do jednego ze stojących tam wiatraków nazywającego się „De Kat”, czyli Kot. Nazwa ta wzięła się od kota mieszkającego w tej budowli. Wiatrak ten służy do wyrobu pigmentów na farby, szczególnie zieloną, którymi, m. in. maluje się okoliczne budynki. Stąd właśnie wziął się charakterystyczny wizerunek zielonych domów. Im bogatszy właściciel, tym więcej farby mógł kupić (która jakiś czas temu była bardzo droga) i tym intensywniejszym kolorem malował swój budynek. Dalej, mogliśmy obejrzeć okoliczne poldery, chroniące te tereny przed zalaniem.

 

Śledzie w Scheveningen

 

Gdy już skończyliśmy spacerować po skansenie, pojechaliśmy w kierunku Hagi. Zrobiła się pora obiadowa, więc dostaliśmy trochę czasu wolnego na plaży w Scheveningen. Mieliśmy okazję spróbować tradycyjnego holenderskiego śledzia, który, notabene, był zaskakująco smaczny. Niestety, praktycznie nikt nie chciał spróbować ryby, a ja nie miałem ochoty jeść w McDonaldzie, więc wszedłem do włoskiej restauracji, która była jedynym ciekawym lokalem w moim polu widzenia. Okazało się, że wszystkie panie nauczycielki z naszej grupy, wraz z panią przewodnik również jadły w owym lokalu. Gdy mnie zobaczyły od razu zaprosiły mnie do swojego stolika, a ja, jako że alternatywą byłoby samotne jedzenie w kącie, przystałem na propozycję.

 

Przy stole z nauczycielkami

 

Przy stoliku z paniami było w miarę ciekawie. One zamówiły pizze w dziecięcym rozmiarze, a ja spaghetti. Jako że nie miałem nic ciekawego do powiedzenia, przysłuchiwałem się, jak pani przewodnik opowiada o Holandii. Nauczycielki rozmawiały w najlepsze, a czas zbiórki zbliżał się nieuchronnie. Gdy kelner przyniósł jeden rachunek trzeba było się podzielić kosztami. Pani od matematyki pożyczyła 1 euro od mojej wychowawczyni, przez co zrobiło się zamieszanie ile która komu ma zapłacić i oddać. Dyskutowały o tym całą drogę powrotną do autokaru i spóźniliśmy się ponad 15 minut na zbiórkę. W międzyczasie panie zgodnie ustaliły pół żartem pół serio wymówkę i oficjalną wersją wydarzeń, w której gubię się, a one wszystkie mnie szukają.

 

Den Haag

 

Następnie pojechaliśmy do centrum Hagi. Miasta, w którym znajdują się wszystkie główne instytucje Królestwa Niderlandów. Przeszliśmy się nad licznymi kanałami oraz zobaczyliśmy budynki parlamentu. Na koniec, podeszliśmy pod pałac króla, po czym wróciliśmy do hotelu.

 

Szlifiernia diamentów i pomnik homoseksualistów

 

Gdy tylko trzeciego dnia wyszedłem z pokoju na śniadanie, pojawiła się tryumfująca pani od matematyki, ogłaszająca wszem i wobec, że to ona miała rację we wczorajszym sporze z moją wychowawczynią.

 

Wycieczkę rozpoczęliśmy od zwiedzenia szlifierni diamentów. Dowiedzieliśmy się jak wycenia się diament i jakie mogą być szlify tego minerału. Następnie zobaczyliśmy różne wyroby zawierające diamenty oraz imitacje.

 

Dalej, pojechaliśmy zobaczyć budynek Kościoła Zachodniego i pomnika wybudowanego w hołdzie homoseksualistom przebywającym w obozach koncentracyjnych w czasie II wojny światowej. Były to trzy duże trójkąty znajdujące się na różnych wysokościach. Jeden leżał płasko na chodniku, jeden był na poziomie wody w pobliskim kanale, a trzeci wystawał trochę ponad ziemię. Formę przekazu odebrałem jako interesującą, jednak nie urzekła mnie w żaden sposób.

 

Wtedy również minęliśmy dom, w którym ukrywała się Anna Frank, więc nasza pani przewodnik opowiedziała nam jej historię.

 

Herbata w Amsterdamie

 

Następnie, pojechaliśmy do muzeum Vincenta Van Gogha. Musieliśmy rozdzielić się na mniejsze grupy, by wejść do galerii, więc moja grupka czekała przed wejściem chyba z godzinę. Było niezmiernie zimno, jednak czas płynął nam na ciekawej rozmowie. Już do tej pory zauważyliśmy, że ludzie w Amsterdamie są bardzo mili. Pani z obsługi muzeum, która podeszła by poprosić naszą grupę o przesunięcie się, cały czas miała uśmiech na ustach. Zgodnie stwierdziliśmy, że w Polsce najprawdopodobniej zostalibyśmy skrzyczeni. Drugim aspektem rzucającym się w oczybyła schludność budynków. W Amsterdamie, praktycznie wszystkie budynki są zbudowane z cegły i mają duże okna i wąskie drzwi, co sprawia przyjemne wrażenie. Przez cały wyjazd nie znaleźliśmy domu, o którym jednoznacznie można by było powiedzieć, że jest brzydki. Jedyną przeszkadzającą mi rzeczą był biały plastik masowo używany jako framugi okien, na którym robiły się zacieki, jednak wszystko inne z nawiązką nadrabiało ów mankament.

 

Gdy nasza wychowawczyni zniecierpliwiła się czekaniem, postanowiła dać nam chwilę czasu wolnego. Wszyscy razem poszliśmy do kawiarni, gdzie zamówiliśmy sobie gorące czekolady czy herbaty. Ciepły napój był idealny na zimno panujące na zewnątrz. W rezultacie spóźniliśmy się na umówioną godzinę, ale nikt się tym nie przejął, tym bardziej, że pani wychowawczyni była z nami.

 

„Van Gogh przy pracy”

 

W końcu weszliśmy do muzeum. W owej chwili wystawiano ekspozycję zatytułowaną „Van Gogh at work”. Po wysłuchaniu opowieści o życiu van Gogha rozeszliśmy się po galerii. Na poszczególnych piętrach muzeum wystawiano obrazy, szkice i prace na papierze z różnych okresów działalności malarza. Razem z kolegą chodziłem po piętrach i podziwiałem prace artysty. Najbardziej podobały mi się dzieła z ostatniego okresu twórczości. Niestety, do tych prac dotarliśmy na końcu, więc mieliśmy bardzo mało czasu na podziwianie ich.

 

Pływający targ kwiatowy

 

I znowu zbliżała się pora lunchu, więc po wyjściu z muzeum poszliśmy w stronę centrum Amsterdamu. Minęliśmy wielki budynek będący browarem najsłynniejszego holenderskiego piwa „Heineken” . Na miejscu dostaliśmy 2 godziny czasu wolnego, więc zaczęliśmy szukać miejsca do jedzenia. Wybraliśmy pewną pizzerię i grupą zamówiliśmy jedzenie. Dotarło do mnie, że jak dotąd na oba obiady w Holandii jadłem włoskie jedzenie. Po posiłku rozdzieliliśmy się i poszedłem z kolegą szukać supermarketu, gdzie można by kupić wodę do picia, ponieważ ta z domu już się nam skończyła, jednak wszystkie mijane przez nas sklepy były drogeriami.

 

Wyszliśmy na ulicę i zobaczyliśmy targ kwiatowy. Były to sklepy umieszczone na łódkach, przycumowane na całej długości kanału. Wystawiano w nich niezliczone ilości cebulek tulipanów w różnych kolorach i wielu innych gatunków kwiatów i roślin. Po drugiej stronie ulicy rozciągały się sklepy z pamiątkami lub serami. Widać było, że jest to jeden z najczęściej odwiedzanych przez turystów rejonów Amsterdamu. Zaszliśmy również na najbardziej uczęszczaną ulicę Holandii. W końcu, po zwiedzeniu centrum stolicy Królestwa Niderlandów, udaliśmy się na zbiórkę.

 

„Amsterdam by night”

 

Nasz pobyt w Amsterdamie zbliżał się ku końcowi. Następny dzień mieliśmy spędzić w parku rozrywki, a następnie pojechać do Brukseli. Mieliśmy jednak jeszcze trochę czasu, więc przeszliśmy się po dzielnicy czerwonych latarni, po czym wsiedliśmy do autokaru i przejechaliśmy między innymi koło kościoła św. Mikołaja, który został uznany za najbrzydszy kościół w Amsterdamie.

 

Następnie wróciliśmy do hotelu na kolację, po czym ostatni raz wyszliśmy na miasto. Autokarem podjechaliśmy pod stację tramwajów wodnych. Wsiedliśmy do jednej z dwustu takich łodzi w Amsterdamie i popłynęliśmy kanałami miasta. Zwiedziliśmy, m. in., Kanał Cesarski i Kanał Książęcy.

 

Efteling

 

Czwartego dna rano wsiedliśmy wymeldowaliśmy się z hotelu. Wsiedliśmy do autokaru i wyruszyliśmy w drogę do największego w Holandii parku rozrywki Efteling. Gdy wysiedliśmy z pojazdu zaskoczyła nas zła pogoda. Było zimno i pochmurno. Na szczęście nie padało. Podeszliśmy pod wejście i zaczęliśmy czekać, aż pani przewodnik kupi bilety. W końcu weszliśmy i rozdzieliliśmy się na mniejsze grupy. W mojej była całkiem sporo osób. Wszyscy razem poszliśmy szukać atrakcji. Podeszliśmy pod pierwszy roller coaster. Wsiedliśmy do wagoników i zjechaliśmy po zielonej rynnie Jednej z koleżanek, która przed wejściem zaklinała się, że to jedyna kolejka górska, na którą wejdzie zaczęło się podobać i ochoczo poszła z nami na kolejną.

 

Zobaczyliśmy dwa roller coastery. Jeden drewniany i jeden, największy, biały. Chcieliśmy pójść na ten pierwszy, jednak stanęliśmy w złej kolejce i trafiliśmy na łódź. Koleżanka znowu zaczęła panikować, ale nie było źle.

 

Następnie trafiliśmy na drewnianą. Były to dwie kolejki stylizowane jako pojedynek między średniowiecznym rycerstwem. Jak dotąd najbardziej mi się podobała. Koleżance widocznie również, bo aż rwała się do największej z kolejek w parku – „pytona”. Ja, mimo, że nigdy nie byłem wielkim zwolennikiem tego rodzaju rozrywki, ze zdziwieniem stwierdziłem, że w ogóle nie czułem strachu. W zasadzie, nie czułem nic, nawet szczególnej przyjemności z jazdy tą kolejką.

 

Zbliżał się pora obiadu, więc kupiliśmy sobie jedzenie w parkowym sklepie i, po posiłku, zaczęliśmy szukać innych atrakcji. Niestety zaczęło padać, więc nasz spacer przemienił się w rozpaczliwe poszukiwanie dachu nad głową, co skończyło się podwójnym uczestnictwem w niezbyt porywającym przedstawieniu w „zamku strachu”.

 

Wyszliśmy dopiero, gdy deszcz przestał padać tak mocno. Skierowaliśmy się na inną atrakcję pod dachem, kolejkę górską w ciemnościach. Była ona w tematyce jakichś wielkich ptaków, ale wszystkim się podobała chyba najbardziej: ciepło, sucho i przyjemnie.

 

Gdy wyszliśmy, deszcz przestał padać, więc spokojnie przeszliśmy do „Villa Volta”. Przez znaczną część atrakcji wysłuchiwaliśmy lalki w kształcie starego człowieka, która mówiła coś po holendersku, jednak finał zwrócił z nawiązką zmarnowany czas. Usiedliśmy w ławkach, po czym cały pokój zaczął się kręcić. Było to niesamowite przeżycie, ponieważ nie mogliśmy się zorientować, gdzie, tak naprawdę, jest góra albo dół. Grawitacja ciągnęła nas w coraz to różne strony.

 

Kolejną odwiedzoną przez nas atrakcją był statek, który bujał się od dziobu do rufy. Była to jakby wielka huśtawka. Niestety w trakcie bujania się łodzi zaczął padać grad o zaskakująco dużych kawałkach lodu. Poszedłem wtedy z dwoma koleżankami po herbatę, jednak gdy wróciliśmy, nikogo już nie było.

 

Postanowiliśmy więc zobaczyć część parku, w której jeszcze nie byliśmy. Był to ogród, chociaż powinienem nazwać to bardziej labiryntem, w którym idąc po ścieżce mijało się kolejne postaci z baśni. Widzieliśmy również żywe gołębie pomalowane na jaskrawe kolory. Okazało się, że idziemy w odwrotnym kierunku. Dodatkowo, kończył nam się wyznaczony czas wolny. W pewnym momencie, gdy już nie wiedzieliśmy, w którą stronę pójść, przedarliśmy się przez krzaki i wyszliśmy na główną ścieżkę parku. Jako, że odwiedziliśmy Efteling poza sezonem, już o godz. 17 nie było kolejek do atrakcji. Znaleźliśmy resztę grupy i pozostały czas spędziliśmy na drewnianym roller coasterze próbując wygrać ten „pojedynek” między dwoma grupami.

 

Breda

 

Po wyjściu z parku kontynuowaliśmy podróż w kierunku Bredy. W trakcie jazdy pani przewodnik włączyła nam film o generale Sosabowskim, który wraz z dwoma innymi polskimi generałami był związany z tym miastem. Gdy dojechaliśmy, poszliśmy na kolację. Posiłek minął w przyjaznej atmosferze, jednak gdy druga grupa naszej wycieczki dojechała, tak szybko chcieli nas wygonić z restauracji, że znaczna część osób nie zdążyła nawet zjeść deseru.

 

Po drodze do hotelu odwiedziliśmy cmentarz polskich żołnierzy, na którym leżał jeden ze wspomnianych wcześniej generałów, generał Maczek.

 

Pokój w hotelu

 

Gdy przyjechaliśmy do hotelu, okazało się, że jest to hotel tej samej firmy, w której zatrzymywaliśmy się rok temu w Paryżu, a raczej nie mieliśmy pozytywnych wspomnień z paryskiego hotelu. Dodatkowo, okazało się, że klucze do pokojów zostały rozdane drugiej grupie i nie wiem z kim jestem, ani w którym pokoju jestem. Przy czym i tak nie mógłbym się do niego dostać, bo nie mam klucza. Na szczęście pani przewodnik zdołała porozumieć się z przewodnikiem drugiej grupy, jak i zdobyć dodatkowy klucz, więc mogliśmy z kolegą trochę wcześniej wejść do pokoju, który okazał się całkiem schludny.

 

EXPO-58

 

I nadszedł ostatni dzień naszej wycieczki. Przejechaliśmy przez granicę i wjechaliśmy do Belgii, a potem do Brukseli. Pierwszym budynkiem, który zwiedziliśmy było „Atomium” powstałe z okazji wystawy „EXPO” w Brukseli w 1958 r. Przedstawia ono kryształ żelaza powiększony 165 miliardów razy. Obejrzeliśmy wszystkie kule składające się na budynek i panoramę Brukseli ze szczytu budowli. Tam właśnie poznaliśmy nową panią przewodnik, która towarzyszyła nam w trakcie pobytu w stolicy.

 

Następnie zobaczyliśmy dwa inne budynki wybudowane z tej samej okazji: pawilon chiński i japońską pagodę. Po chwili przeznaczonej na zrobienie zdjęć pojechaliśmy w kierunku centrum.

 

Manneken pis

 

W centrum Brukseli przejechaliśmy przed pałacem królewskim, zwiedziliśmy katedrę z przepięknymi witrażami oraz wyszliśmy na rynek otoczony bogato zdobionymi budynkami. Pani przewodnik poprowadziła nas do Manneken pis – figurki siusiającego chłopca, po czym dała nam czas wolny. Wybrałem się więc na poszukiwanie mniej słynnej figurki dziewczynki po drodze kupując belgijskie czekoladki i próbując wyśmienitych gofrów.

 

Po zbiórce, wybraliśmy się na obiad do „Pizzy Hut”, gdzie miałem okazję spróbować gazowanej Ice Tea, popularnej w krajach Beneluksu.

 

Wyjazd

 

Po obiedzie musieliśmy już jechać na lotnisko, mimo, że lot był dopiero wieczorem. Wszystko, co dobre kiedyś się kończy, ale jestem pewien, że mimo złej pogody, będziemy wspominać ten wyjazd jako najciekawszy z wyjazdów z naszym gimnazjum.